Just wake up
Wiesz co najbardziej boli przy złamanym sercu?
To, że nie pamiętasz jak się czułeś wcześniej.
Całkowita anihilacja uprzednich uczuć... i czas. Dużo czasu. I pustka. I zawieszenie. I nic.
Przechodzimy przez wszystkie pieprzone fazy: negacja, gniew, depresja, akceptacja... Z tym, że ta ostania jest jakby uszkodzona, felerna. Jest w niej mała szczelina, przez którą próbujemy się przebić. I wracamy do punktu wyjścia, do negacji, gniewu itd. Niekończąca się cyrkulacja. Błędne koło? Mimowolni, umysłowi degeneraci, depresyjni ćpuni, zakłamani popaprańcy.
Pora uderzyć głową o ścianę. Obudzić się z tego cholernego koszmaru.
W końcu już nic nie mamy do stracenia . NIC.
okruszeczek 2010-01-30 02:40:35
skomentuj (0)
Pamiętam tamten
dzień jak przez mgłę. Wciąż do mnie nie dochodzi, co właściwie wtedy się stało.
Ze wspomnień wyłania się jakiś dźwięk. Tak, to zdecydowanie odgłos telefonu,
który nie znając litości rozdziera zaspaną, poranną ciszę... Oczy miałam wciąż
sklejone snem, dlatego postanowiłam im nie zadawać niepotrzebnego bólu i ich
nie otwierać, toteż wysłałam własną rękę w podróż w nieznane, po omacku. Ta o
dziwo wyciągnęła się nienaturalnie (ciało pozbawione zmysłu wzrokowego jest zdolne
do niewyobrażalnych rzeczy) i dotarła bezbłędnie do upragnionego celu.
Podniosłam strasznie ciężką słuchawkę, zastanawiając się jednocześnie, czy to
li i jedynie sen wciąż, czy też już może jawa. To byłeś Ty, pamiętasz?
Zdecydowałam, że to jednak sen i jeszcze bardziej zamknęłam moje już zamknięte
oczy, a Morfeusz zaczął wciągać mnie w swoje obszerne ramiona. Na horyzoncie
pojawił się zarys budki telefonicznej, słuchawka samoistnie wzleciała do góry,
a z niej popłynęły słowa... Twoje słowa. Z pełnym impetem zerwałam się z łóżka
i zdążyłam uchwycić ostatnie zdanie: „Pamiętaj. Za parę godzin na dworcu.
Przyjdź, będę czekał.” Zupełnie bez zastanowienia narzuciłam na siebie bluzę,
wciągnęłam spodnie, założyłam buty i wyszłam z domu. Przed wyjściem zerknęłam tylko,
która jest godzina, okazało się, że wybiła właśnie nieludzka szósta. I tak
nadal nieprzytomna po prostu poszłam przed siebie, pokonawszy uprzednio szereg
stopni na klatce schodowej. W mojej głowie panował istny chaos, czułam się tak,
jakby jakiś mały nikczemny demiurg wkradł się do mojego umysłu i zaczął tworzyć
w nim zupełnie nowy, niepoukładany świat. Nie mogłam zrozumieć, dlaczego
zadzwoniłeś, po co przyjeżdżasz i dlaczego właśnie teraz? Mój Boże, przecież
tak długo na to czekałam... I co ja mam Ci powiedzieć, jak już staniemy
naprzeciwko siebie na tym szaroburym dworcu? Wyrzucić z siebie wszystkie
emocje, wszystkie uczucia, które zaległy gdzieś na dnie mojego serca, stając
się szkodnikami, wygryzającymi jego delikatne ścianki? Nagle potknęłam się o kamień,
który zlewał się swym kolorytem z ciemnym porankiem, ale właściwie nie
odnotowawszy zaistniałego precedensu, sunęłam dalej w ciemność. I wtedy
niespodziewanie poczułam napływ skrajnej euforii. No bo przecież tyle na to
czekałam... Tak, tak, na pewno, jak już staniemy naprzeciw siebie to po prostu
powiemy TO i będziemy się tak całować jak nigdy dotąd, a chwila ta nigdy się
nie skończy, będziesz tylko Ty i będę tylko ja i szarobury dworzec – nasza
pseudoromantyczna sceneria, która tak wiele razy nam towarzyszyła przy
radosnych przywitaniach i smutnych pożegnaniach. Równie nieoczekiwanie pozytyw
został zdeptany przez niepewne realia. Bo kurczę, o której właściwie miałeś
przyjechać? I co Ty sobie cholera jasna wyobrażasz, dzwonisz ni z tego ni z
owego o tak okrutnej porze i oczekujesz, że co? Że będę sterczeć na dworcu jak
ta głupia? Zwyczajna świnia z Ciebie, tak długo nie dawałeś żadnego znaku i
teraz egoistycznie brudnymi buciorami włazisz w moje życie. A to jak mnie
potraktowałeś po naszym rozstaniu? Przecież ja Cię tak strasznie kochałam i tak
przepraszałam za wszystko i straciłam resztki swojej dumy i poniżyłam się, a Ty
co? Ty miałeś tą drugą i następną, a później jeszcze kolejną, a ja wciąż sama
jak palec, wciąż zakochana w Tobie, Ty skończony palancie! Niech to szlag! Jak
ja za Tobą przeraźliwie tęsknię! Pamiętasz jak pierwszy raz chciałam odejść, bo
wydawało mi się, że kocham innego? Idiotka. Zatrzymałeś mnie, przyciągnąłeś do
siebie i powiedziałeś, że nie pozwolisz mi odejść, że pomożesz o nim zapomnieć,
ale mnie nie puścisz. To chyba była najpiękniejsza chwila mojej marnej
egzystencji. Gniew z miłością zaczął walczyć w mojej głowie, z odmętów pamięci
wyłaniały się strzępki wspomnień. Nie wiem kiedy i jakim cudem minęły trzy
godziny, dotarłam do dworca. Wybrałam jedno czerwone, plastykowe krzesełko z
szeregu jemu podobnych imitujących poczekalnię. Usiadłam i czekałam. Czekałam
długo, wciąż zastanawiając się, jak to będzie, kiedy już wysiądziesz z pociągu
i tu przyjdziesz, do mnie. Ale Ty nigdy nie przyszedłeś.
Tyle próżnego czasu minęło, tyle los nam go zabrał, że w zapomnienie, w
niewiedzę popada to ile go straciliśmy. A jednak są takie dni, które przychodzą
znienacka i niosą ze sobą korowód wspomnień. Wiesz, że czasem umyślnie wywołuję
je z odmętów pamięci? Jakby upewniając się, czy wciąż tam są. Szłam przed
siebie tamtego dnia, nieświadoma nadchodzących chwil, upajałam się świeżymi
promieniami słońca i byłam pod wrażeniem enigmatycznej koegzystencji pór roku.
Przez tę krótką chwilę, przez ten znikomy moment byłam tak egoistycznie
szczęśliwa. I wtedy zobaczyłam Ciebie, stałeś tak kuriozalnie samotny. Nie
widziałeś mnie, a ja nie chciałam, żebyś mnie zobaczył. Sparaliżowało mnie.
Kończyny odmówiły posłuszeństwa. I gdyby nie fakt, że nie mogłam wyjść z
niepojętego odrętwienia, to pewnie uciekłabym z dala od tego feralnego
przypadku, od tej ulicy, od Ciebie. A tymczasem boska Ananke korzystając z
mojej kompromitującej niedyspozycji, raczyła zmienić przypadek w przeznaczenie.
Gdy foniczne osłupienie ustąpiło, dobiegły do mych uszu krzyki, wydobywające
się z dwóch różnych krtani. Ona, opuchnięta i czerwona od płaczu, próbowała
uchwycić gasnące iskry w Twoich oczach, tak usilnie starała się zatrzymać potok
nikczemnie wypływających słów. Desperacja sączyła się z Was niczym krew z ran,
a może była nawet bardziej bolesna. Prosiła, żebyś przestał. Mówiła, że
wszystko da się jeszcze naprawić. Krzyczała, że Cię kocha i że Ty ją również,
że to niesprawiedliwe. Zaczęła rozpaczliwie Cię przytulać i całować. Odsunąłeś
ją. Ściszyłeś swój głos, żeby nie rozdzierać krzykiem rozprzestrzeniającego się
bólu. Powiedziałeś, że to już koniec, odzierając ją i siebie z resztek nadziei.
Odwróciła się i pobiegła przed siebie, jakby chciała uciec od tego zdarzenia,
od prawdy, od cierpienia. A Ty wciąż stałeś niewzruszony po drugiej stronie
ulicy i wtedy po raz pierwszy zobaczyłam jak ból wylewa się z Ciebie strugami.
Nawet z tej odległości mogłam dostrzec wciąż napływające fale Twoich, jakże
szczerych łez. Do tego zaczęło padać. Wyglądałeś tak niesamowicie żałośnie, że
chciałam przebiec przez jezdnię i zwyczajnie Cię przytulić. Ale odrętwienie nie
ustępowało i tkwiłam w tym miejscu jeszcze długo po tym jak zniknąłeś. To
wszystko wydawało się takie nierealne. Nasze ostatnie spotkanie.