Just wake up

Wiesz co najbardziej boli przy złamanym sercu?
To, że nie pamiętasz jak się czułeś wcześniej.


Całkowita anihilacja uprzednich uczuć... i czas. Dużo czasu. I pustka. I zawieszenie. I nic.
Przechodzimy przez wszystkie pieprzone fazy: negacja, gniew, depresja, akceptacja... Z tym, że ta ostania jest jakby uszkodzona, felerna. Jest w niej mała szczelina, przez którą próbujemy się przebić. I wracamy do punktu wyjścia, do negacji, gniewu itd. Niekończąca się cyrkulacja. Błędne koło? Mimowolni, umysłowi degeneraci, depresyjni ćpuni, zakłamani popaprańcy.

Pora uderzyć głową o ścianę. Obudzić się z tego cholernego koszmaru.
W końcu już nic nie mamy do stracenia . NIC.


okruszeczek 2010-01-30 02:40:35
skomentuj (0)


A ja jestem już zmęczona... proszę Pana

O tak właśnie, zmęczona jestem tym niedziejącym się życiem, tym łażeniem po lekarzach i tymi badaniami. Mdli mnie na widok krwi swobodnie wypływającej z mojej żyły i z machinalną prostotą spuszczanej w probówce. I mdli mnie od tych wszystkich analiz, wymazów i bycia na czczo. I patrzeć nie mogę jak lekarze bezradnie rozkładają ręcę i wtedy też na siebie patrzeć nie mogę, a wszystko zostaje tak jak było... tylko dawka antybiotyków, maści, tableteczek, pigułeczek wzrasta i wzrasta, a żołądek się kurczy.

Czytam teraz książkę o zdradzie i brzydzę się zdradą, reaguję na nią chronicznymi spazmami. Zdrada jest ohydną kutwą, jest brakiem szacunku do drugiego człowieka...

Biegnie to moje życie, toczy się, turla się i spada z jednego schodka, z dwóch, z trzech... trzecie piętro, drugie, pierwsze, parter i BUM! i nie ma już nic i nic już się nie dzieje i próbuje się przebić przez ziemię, ale nie może.

Jest źle, ale nie, nie najgorzej...

A ja jestem już zmęczona... proszę Pana.

okruszeczek 2010-01-04 20:05:25
skomentuj (0)
Rachunek Sumienia - Numer Trzy

Pamiętam tamten dzień jak przez mgłę. Wciąż do mnie nie dochodzi, co właściwie wtedy się stało. Ze wspomnień wyłania się jakiś dźwięk. Tak, to zdecydowanie odgłos telefonu, który nie znając litości rozdziera zaspaną, poranną ciszę... Oczy miałam wciąż sklejone snem, dlatego postanowiłam im nie zadawać niepotrzebnego bólu i ich nie otwierać, toteż wysłałam własną rękę w podróż w nieznane, po omacku. Ta o dziwo wyciągnęła się nienaturalnie (ciało pozbawione zmysłu wzrokowego jest zdolne do niewyobrażalnych rzeczy) i dotarła bezbłędnie do upragnionego celu. Podniosłam strasznie ciężką słuchawkę, zastanawiając się jednocześnie, czy to li i jedynie sen wciąż, czy też już może jawa. To byłeś Ty, pamiętasz? Zdecydowałam, że to jednak sen i jeszcze bardziej zamknęłam moje już zamknięte oczy, a Morfeusz zaczął wciągać mnie w swoje obszerne ramiona. Na horyzoncie pojawił się zarys budki telefonicznej, słuchawka samoistnie wzleciała do góry, a z niej popłynęły słowa... Twoje słowa. Z pełnym impetem zerwałam się z łóżka i zdążyłam uchwycić ostatnie zdanie: „Pamiętaj. Za parę godzin na dworcu. Przyjdź, będę czekał.” Zupełnie bez zastanowienia narzuciłam na siebie bluzę, wciągnęłam spodnie, założyłam buty i wyszłam z domu. Przed wyjściem zerknęłam tylko, która jest godzina, okazało się, że wybiła właśnie nieludzka szósta. I tak nadal nieprzytomna po prostu poszłam przed siebie, pokonawszy uprzednio szereg stopni na klatce schodowej. W mojej głowie panował istny chaos, czułam się tak, jakby jakiś mały nikczemny demiurg wkradł się do mojego umysłu i zaczął tworzyć w nim zupełnie nowy, niepoukładany świat. Nie mogłam zrozumieć, dlaczego zadzwoniłeś, po co przyjeżdżasz i dlaczego właśnie teraz? Mój Boże, przecież tak długo na to czekałam... I co ja mam Ci powiedzieć, jak już staniemy naprzeciwko siebie na tym szaroburym dworcu? Wyrzucić z siebie wszystkie emocje, wszystkie uczucia, które zaległy gdzieś na dnie mojego serca, stając się szkodnikami, wygryzającymi jego delikatne ścianki? Nagle potknęłam się o kamień, który zlewał się swym kolorytem z ciemnym porankiem, ale właściwie nie odnotowawszy zaistniałego precedensu, sunęłam dalej w ciemność. I wtedy niespodziewanie poczułam napływ skrajnej euforii. No bo przecież tyle na to czekałam... Tak, tak, na pewno, jak już staniemy naprzeciw siebie to po prostu powiemy TO i będziemy się tak całować jak nigdy dotąd, a chwila ta nigdy się nie skończy, będziesz tylko Ty i będę tylko ja i szarobury dworzec – nasza pseudoromantyczna sceneria, która tak wiele razy nam towarzyszyła przy radosnych przywitaniach i smutnych pożegnaniach. Równie nieoczekiwanie pozytyw został zdeptany przez niepewne realia. Bo kurczę, o której właściwie miałeś przyjechać? I co Ty sobie cholera jasna wyobrażasz, dzwonisz ni z tego ni z owego o tak okrutnej porze i oczekujesz, że co? Że będę sterczeć na dworcu jak ta głupia? Zwyczajna świnia z Ciebie, tak długo nie dawałeś żadnego znaku i teraz egoistycznie brudnymi buciorami włazisz w moje życie. A to jak mnie potraktowałeś po naszym rozstaniu? Przecież ja Cię tak strasznie kochałam i tak przepraszałam za wszystko i straciłam resztki swojej dumy i poniżyłam się, a Ty co? Ty miałeś tą drugą i następną, a później jeszcze kolejną, a ja wciąż sama jak palec, wciąż zakochana w Tobie, Ty skończony palancie! Niech to szlag! Jak ja za Tobą przeraźliwie tęsknię! Pamiętasz jak pierwszy raz chciałam odejść, bo wydawało mi się, że kocham innego? Idiotka. Zatrzymałeś mnie, przyciągnąłeś do siebie i powiedziałeś, że nie pozwolisz mi odejść, że pomożesz o nim zapomnieć, ale mnie nie puścisz. To chyba była najpiękniejsza chwila mojej marnej egzystencji. Gniew z miłością zaczął walczyć w mojej głowie, z odmętów pamięci wyłaniały się strzępki wspomnień. Nie wiem kiedy i jakim cudem minęły trzy godziny, dotarłam do dworca. Wybrałam jedno czerwone, plastykowe krzesełko z szeregu jemu podobnych imitujących poczekalnię. Usiadłam i czekałam. Czekałam długo, wciąż zastanawiając się, jak to będzie, kiedy już wysiądziesz z pociągu i tu przyjdziesz, do mnie. Ale Ty nigdy nie przyszedłeś.




okruszeczek 2010-01-01 15:00:40
skomentuj (0)
Rachunek Sumienia - Numer Dwa

Tyle próżnego czasu minęło, tyle los nam go zabrał, że w zapomnienie, w niewiedzę popada to ile go straciliśmy. A jednak są takie dni, które przychodzą znienacka i niosą ze sobą korowód wspomnień. Wiesz, że czasem umyślnie wywołuję je z odmętów pamięci? Jakby upewniając się, czy wciąż tam są. Szłam przed siebie tamtego dnia, nieświadoma nadchodzących chwil, upajałam się świeżymi promieniami słońca i byłam pod wrażeniem enigmatycznej koegzystencji pór roku. Przez tę krótką chwilę, przez ten znikomy moment byłam tak egoistycznie szczęśliwa. I wtedy zobaczyłam Ciebie, stałeś tak kuriozalnie samotny. Nie widziałeś mnie, a ja nie chciałam, żebyś mnie zobaczył. Sparaliżowało mnie. Kończyny odmówiły posłuszeństwa. I gdyby nie fakt, że nie mogłam wyjść z niepojętego odrętwienia, to pewnie uciekłabym z dala od tego feralnego przypadku, od tej ulicy, od Ciebie. A tymczasem boska Ananke korzystając z mojej kompromitującej niedyspozycji, raczyła zmienić przypadek w przeznaczenie. Gdy foniczne osłupienie ustąpiło, dobiegły do mych uszu krzyki, wydobywające się z dwóch różnych krtani. Ona, opuchnięta i czerwona od płaczu, próbowała uchwycić gasnące iskry w Twoich oczach, tak usilnie starała się zatrzymać potok nikczemnie wypływających słów. Desperacja sączyła się z Was niczym krew z ran, a może była nawet bardziej bolesna. Prosiła, żebyś przestał. Mówiła, że wszystko da się jeszcze naprawić. Krzyczała, że Cię kocha i że Ty ją również, że to niesprawiedliwe. Zaczęła rozpaczliwie Cię przytulać i całować. Odsunąłeś ją. Ściszyłeś swój głos, żeby nie rozdzierać krzykiem rozprzestrzeniającego się bólu. Powiedziałeś, że to już koniec, odzierając ją i siebie z resztek nadziei. Odwróciła się i pobiegła przed siebie, jakby chciała uciec od tego zdarzenia, od prawdy, od cierpienia. A Ty wciąż stałeś niewzruszony po drugiej stronie ulicy i wtedy po raz pierwszy zobaczyłam jak ból wylewa się z Ciebie strugami. Nawet z tej odległości mogłam dostrzec wciąż napływające fale Twoich, jakże szczerych łez. Do tego zaczęło padać. Wyglądałeś tak niesamowicie żałośnie, że chciałam przebiec przez jezdnię i zwyczajnie Cię przytulić. Ale odrętwienie nie ustępowało i tkwiłam w tym miejscu jeszcze długo po tym jak zniknąłeś. To wszystko wydawało się takie nierealne. Nasze ostatnie spotkanie.


okruszeczek 2009-11-14 02:53:40
skomentuj (1)
"I can't take my mind off of you"

Czas umyka jak szalony, przelatuje mi między palcami, nie ptorafię go zatrzymać...
Coś więcej gdzieś ucieka.
Czy pragnę aż tak wiele?
Obojętnie, pusto... znowu?
I znowu gubię tę pewność, że jednak, że może...
Zamykam oczy, duszę siebie w sobie.

I can't take my mind off of you
I can't take my mind...
My mind...my mind...
'Til I find somebody new



okruszeczek 2009-11-13 02:08:51
skomentuj (0)
Girl Anachronism

Przychodzi taki czas, kiedy sama sobie się dziwię i jestem pod własnym wrażeniem...
cóż ze mnie za swoisty wybryk natury.

Tylko ja chodzę na egzaminy, których nie ma,
upijam się na pierwszej randce,
zapisuję się do Biblioteki Uniwersyteckiej miesiąc przed skończeniem studiów.

...

Istny wybryk.

okruszeczek 2009-09-21 22:56:26
skomentuj (2)


dodaj zobacz

Joggery
Elenka
DaG
Omi
Miho
Królik
fro
Dźwiedź
Negri
leeterat

Blogi
Kniaziu
No lol
Selka
Yarmus
Muffy
Mosquit
Czarna
Fynn
Arion
Aoi
Kira
Fiolcia
Tongpu
Dadar
Lapa
Bija
Temidka
Sai
Selene
Viti
Inez
Banshee
Hikage
M_chan
Fun
San_chan
Darkchaser
Pochi
Tusiaczek


2010
styczeń
2009
listopad
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
styczeń
2008
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
maj
marzec
luty
2007
grudzień
październik
lipiec
maj
kwiecień
styczeń
2006
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
marzec
luty
styczeń
2005
grudzień
listopad
październik
wrzesień
lipiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2004
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2003
grudzień
listopad







©niedziela blog.pl da